W krainie, gdzie zło nie ma ostatniego słowa

spotkanie trzecie, cykl II

Wzrastać razem przez życiowe próby

Kontynuacja spotkań z cyklu I. Tematyka wskazuje środki jakie warto podjąć na drodze wiary w sakramentalnym związku małżeńskim w codziennym życiu. Wspólna droga do świętości.

Słowo Boże

Zbliżali się do Niego wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: „Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi”. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: „Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: „Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła”. Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia.

(Łk 15, 1-10)

Tekst

W życiu rodzinnym, tam, gdzie powinna być tylko miłość, często borykamy się z różnorakimi przejawami zła. Nie tylko nie potrafimy mu zapobiec, ale nawet dobrze określić jego przyczyn. W poczuciu bezsilności oskarżamy się nawzajem. Wychodzą przy tym na jaw nasze najgorsze strony. Narasta swoisty „ping pong” pretensji, trwają „ciche dni”, gdy małżonkowie mijają się w atmosferze chłodu, jak dwie bryły lodu. W końcu potrafi dojść do niebezpiecznych form ucieczki od życia rodzinnego: w pracę, relacje towarzyskie, rozrywkę, sport, internet a nawet alkohol lub inne używki – które mogą zupełnie zniszczyć nasze nadwyrężone już więzi.

Bezradni wobec powtarzających się upadków możemy w końcu zacząć je tolerować i usprawiedliwiać się. Jednak w ten sposób coraz bardziej zamykamy się w sobie i coraz trudniej nam powstać. Gdy jednak z upływem czasu zło zaczyna przynosić coraz dotkliwsze skutki, uświadamiamy sobie nasz prawdziwy stan – i wtedy zwykle zaczynamy doświadczać pokusy smutku i zwątpienia. Św. Maksymilian Kolbe przestrzegał, że szatan, kusząc nas, najpierw minimalizuje zło, aby potem, gdy już je popełnimy, doprowadzić nas do rozpaczy. Jest ona o wiele gorsza od samego grzechu. Często się słyszy jak ktoś mówi, że niszczy go poczucie winy, z którym nie umie sobie poradzić.

Co jest przyczyną tego tak tragicznego w skutkach smutku? Z punktu widzenia życia duchowego jest nią pycha, czyli fałszywe przekonanie o swojej samowystarczalności i pozornej doskonałości. Gdy raz po raz upadamy, zwłaszcza na oczach naszych bliskich, nasze dobre mniemanie o sobie prędzej czy później załamuje się rodząc, w zależności od temperamentu, rozdrażnienie, złość lub depresję, które paraliżują nasze relacje z Bogiem i ludźmi.

Tymczasem święci nie dziwili się swoim upadkom, bo nie ufali własnym siłom i sami z siebie, bez pomocy łaski, czuli się słabi. „Nie trzeba zniechęcać się swymi błędami – napisała św. Teresa od Dzieciątka Jezus – gdyż dzieci upadają często, ale są zbyt małe, aby mogły sobie zrobić wiele złego”.

Taka postawa nie oznacza przyzwolenia na grzech. Wiemy, że świętym często towarzyszyły łzy pokuty z powodu upadków a nawet małych niewierności. Bowiem obok wspomnianego przed chwilą niewłaściwego smutku istnieje inny – prawidłowy – zwany skruchą. Jego źródłem jest świadomość, że każdy nasz grzech rani Chrystusa. Gdy ranimy naszych bliskich, cierpi Chrystus, który w nich się ukrywa. Skrucha rodzi się w obliczu krzyża. Prowadzi do chęci przeproszenia Boga i naprawienia zła. Skrucha – akt żalu – to najważniejszy spośród pięciu warunków sakramentu pokuty. Od niej zależy jego skuteczność . Gdy smucimy się i irytujemy dlatego, że nie jesteśmy tacy dobrzy, jak sądziliśmy, a nie dlatego, że obraziliśmy Boga i zraniliśmy bliźniego – to jeszcze nie jest skrucha. Nie dziwmy się, że w takim stanie ducha spowiedź, z winy penitenta, nie przynosi spodziewanych owoców a zło szybko się powtarza. Ból na widok ran Chrystusa chroni przed kolejnymi grzechami i nadużywaniem miłosierdzia. Samousprawiedliwianie się prowadzi do tego, że zło rośnie jak lawina.

Autentyczna skrucha w obliczu krzyża, nawet niedoskonała, sprawia, że otwieramy się na Boże miłosierdzie i łaskę. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus nieustannie powierzała Jezusowi swoje błędy i niewierności. Mówiła, że w ten sposób chce przyciągnąć Jego miłosierdzie, bo przecież przyszedł do grzeszników a nie do sprawiedliwych . Chrystus, choć zraniony naszymi grzechami, zawsze nas kocha. Możemy zawsze iść do Niego z całą naszą słabością i złem. Wszystkie nasze grzechy zostały już przez Niego odkupione, gdyż On wziął je na siebie, cierpiał za nie i umarł na krzyżu. Z Nim zawsze możemy podnieść się z upadku, wszystko odbudować i naprawić.

Jedynie Boża miłość – a nie fałszywe usprawiedliwianie się czy iluzja bezgrzeszności – jest skutecznym lekarstwem na „niszczące poczucie winy”. Judasz i św. Piotr byli obaj zdrajcami Jezusa. Obaj uznali swój grzech, obaj żałowali, ale tylko Judasz powiesił się, bo zabrakło mu najważniejszej rzeczy – wiary w miłosierdzie Pana.

Jak uwierzyć w miłość Dobrego Pasterza, który szuka owiec zaginionych, słabych i bezradnych, nienadążających za stadem? Trzeba stawać się ewangelicznym dzieckiem. Ufne dziecko, gdy zrobi coś złego, nie koncentruje się na swoim złu, ale biegnie do mamy z każdym problemem, przytula się do niej i powoli się uspokaja. Wtedy wraca pokój i poczucie bezpieczeństwa. Zawierzajmy nasze słabości i upadki Maryi! Mamy szczególne prawo do ramion tej najlepszej Matki. Wtedy Ona poprowadzi nas do swojego Syna. Maryja zawsze nam mówi: Pozwól Jezusowi kochać cię, uwierz w Jego miłość!

Dzięki łasce sakramentu małżeństwa stajemy się dla siebie nawzajem narzędziami miłości Chrystusa oraz Jego Matki, którą dał nam za Matkę. Jak dobrze, że możemy sobie nawzajem pomagać w wychodzeniu z zamkniętego kręgu zła i grzechu! Kiedy widzimy słabości i grzechy współmałżonka, kiedy dostrzegamy u niego smutek, bądźmy jakby świętą Weroniką, która z miłością ociera mu twarz. Pomóżmy mu utwierdzić się w przeświadczeniu, że Bóg rzeczywiście jest miłością. Zamiast pochylać się nad nim z goryczą, zawodem, złością czy zniechęceniem, nawet jeśli trwa w upadku czy niewierności – możemy słowem i postawą powiedzieć: Nie zniechęcaj się. To nic, że znowu ci się nie udało. Wciąż nie przestajesz być kochanym dzieckiem Bożym. – Jakże bardzo potrzebne są takie słowa pełne otuchy i nadziei, zwłaszcza wtedy, gdy wydaje się nam, że wszyscy nas opuszczają i nikt nie rozumie.

Łaska sakramentu małżeństwa zawiera w sobie także uzdolnienie do pełnego troski braterskiego upomnienia, aby delikatnie powiedzieć małżonkowi lub dzieciom prawdę o ich grzechu. Gdy pokażemy Jezusowi nasze rany – On je uleczy! Jeżeli nasza skrucha nie będzie miała granic, to nie będzie też miało granic miłosierdzie Pana . Nic tak nie pobudza do skruchy, jak widok cierpienia tych, których kochamy, a których zraniliśmy naszym złem. Upominać należy zawsze w duchu szacunku dla drugiego człowieka i w odpowiednim momencie. Czasem trzeba będzie cierpliwie poczekać na właściwą chwilę. Przygotowuje ją łaska, a my jesteśmy tylko jej współpracownikami. Jedynie Bóg zna całą trudną prawdę o człowieku. Jedynie On potrafi otworzyć serce na jej przyjęcie i w tym samym momencie przekonać, że nigdy nie przestaje kochać. My sami o własnych siłach nie jesteśmy do tego zdolni. Ale Chrystus pragnie uczynić z nas narzędzia swojego miłosierdzia dla tych, z którymi nas połączył więzami miłości nadprzyrodzonej. Dzięki naszej pomocy będą mogli odsłonić przed Nim szczerze nawet najciemniejsze zakamarki swojej duszy z ufnością, że On wszystko uleczy i nigdy nie przestanie kochać. Wtedy żadne zło nie będzie w stanie ich zniszczyć.

Świadectwo

W Afryce miałem okazję uczestniczyć w niezwykłych grupach dzielenia. Było to w największym więzieniu w Kenii, w którym przebywało aż 4000 więźniów, pomimo tego, że zostało ono zbudowane tylko dla 1400 osób. Do tego więzienia zawitaliśmy z księdzem, który jeszcze w drodze powiedział do mnie: Dziś mocno doświadczysz dotknięcia miłosiernego Pana. Po pewnych trudnościach, związanych z uzyskaniem zezwolenia na wejście, dyrektor więzienia dał nam pozwolenie na półgodzinne spotkanie z grupą więźniów!!! Jednak w moim sercu zrodziło się niezwykłe przeświadczenie, że przecież to nie on decyduje z kim i jak długo będziemy rozmawiać, tylko Bóg. Czułem, że Bóg przygotował z miłością to swoje dotknięcie, w odpowiedzi na modlitwę księdza, moją i tych nieznanych ludzi po tamtej stronie więziennego muru. Dyrektor zlecił dwóm groźnym strażnikom, by nam towarzyszyli. Byliśmy w czterech pawilonach, w różnych celach, gdzie dzieliliśmy się fragmentem książki ks. Tadeusza Dajczera Rozważania o wierze, mówiącym o „szczęśliwej winie”. Podbudowany otwartością i wiarą tych więźniów byłem pod wrażeniem ich świadectw – były prawdziwe, szczere, czasem pełne bólu, ale jednocześnie pełne wiary, ufności i skruchy. Większość z nich była mężami i ojcami, tak jak ja. Bardzo skruszeni wyznawali przewinienia, których się dopuścili wobec swojej rodziny. W wielu przypadkach ich kara była nieproporcjonalnie duża w stosunku do winy, np. siedzieli za kradzież, której się dopuścili, aby opłacić pobyt w szpitalu żony po porodzie. Niektórzy byli skazani niewinnie. W ich świadectwach zamiast rozpaczy była ufność – potrafili oni zawierzyć Bogu los swój i swoich rodzin, chociaż niektórzy dostali wyrok śmierci albo już czekali na jego wykonanie. Dzieląc się z nimi i słuchając ich świadectw, czułem niezwykłe duchowe braterstwo, że wszyscy jesteśmy naprawdę kochani przez Boga pomimo naszej nędzy i że zawsze jest z nami Maryja, kochająca Matka.
Kiedy byliśmy już w ostatnim, największym więziennym pawilonie, ja również podzieliłem się świadectwem. Atmosfera doświadczenia obecności Maryi i Jej miłości sprawiła, że ośmieliłem się opowiedzieć o bardzo trudnej sprawie, z której nigdy przedtem nikomu się nie zwierzyłem. Chodziło o coś, co – gdyby nie miłosierdzie Boże – mogłoby mnie kiedyś doprowadzić do położenia, w którym oni teraz przebywali. Zrzuciłem z siebie maskę dobrego mniemania o sobie, puściły hamulce wstydu, bo w tej atmosferze, w obecności bezwarunkowej miłości Maryi, miałem pewność, że tak jak oni jestem kochany.
Po dzieleniu się zdałem sobie sprawę, że od naszego wejścia minęły już cztery i pół godziny. Jak to możliwe, że strażnicy nie zareagowali? Aż tu nagle jeden ze strażników zbliża się szybkim krokiem… Przestraszyłem się! Jednak, ku mojemu zaskoczeniu, nieśmiało i pokornie zapytał, czy on też mógłby podzielić się swoim świadectwem! Nie sposób opisać pokory tego strażnika, również ojca rodziny, który wyznawał swoją słabość, prosił więźniów o modlitwę w swojej intencji. Powiedział: Bracia, liczę na waszą modlitwę. Wy tutaj nie macie tylu okazji, aby grzeszyć, jesteście pilnowani. Ja, kiedy wychodzę stąd, nieraz ciężko upadam i ranię moją rodzinę. Chwile spędzone wśród skazanych i ten moment przyznania się przed Bogiem w obecności braci więźniów były czasem szczególnym, doświadczeniem „szczęśliwej winy” oraz miłosiernej miłości Boga.
Kiedy pozwolimy, aby bezwarunkowa miłość Boga nas ogarnęła, wtedy już nie mają znaczenia ludzkie względy i ambicje, a zostaje pragnienie bycia przytulonym przez Niego, bo wierzymy zapewnieniu Jezusa: Im większa nędza, tym większe ma prawo do miłosierdzia Mojego.

Józef
Dodatkowe świadectwa

Podziel się tym co Cię poruszyło

Jeśli chcesz, skorzystaj z pytań:

    1. Jakie wydarzenia pomogły ci uświadomić sobie twoją grzeszność i to, że potrzebujesz nawrócenia i przemiany życia?
    2. W jaki sposób po upadkach starałeś się o postawę skruchy i próbowałeś przeciwstawiać się smutkowi?
    3. Jak pomagałeś współmałżonkowi w sytuacji upadku? Jak walczyłeś o jego skruchę? Jak pomagałeś mu przezwyciężać zniechęcenie i smutek? Czy doświadczyłeś takiej pomocy z jego strony?
    4. Co przeszkadzało ci stawać się dla współmałżonka świadkiem miłości Dobrego Pasterza, który szuka zagubionej owcy?

      Propozycja dla małżonków

      Przeczytajcie wspólnie słowa papieża Franciszka i odmówcie koronkę do Miłosierdzia Bożego przed wizerunkiem Chrystusa ukrzyżowanego. Proście dla siebie nawzajem o łaskę skruchy oraz o to, byście umieli patrzeć na siebie nawzajem i na swoje słabości oczami Dobrego Pasterza:

      [Miłość we wszystkim pokłada nadzieję (1 Kor 13, 7)]: nie lęka się przyszłości. (…) Wie, że drugi może się zmienić. Zawsze wierzy, że możliwe jest dojrzewanie, niespodziewany wybuch piękna, że najbardziej ukryte potencjalności jego istoty kiedyś wydadzą pierwsze pędy. To nie znaczy, że wszystko w tym życiu się zmieni. Pociąga za sobą akceptację, że niektóre rzeczy nie wypadną tak, jakbyśmy chcieli, ale być może Bóg pisze prosto po krzywych liniach tej osoby i wyciągnie jakieś dobro ze zła, jakiego nie udaje się jej przezwyciężyć na tej ziemi.

      Tutaj pojawia się nadzieja w jej sensie pełnym, ponieważ zawiera pewność życia po śmierci. Ta osoba, ze wszystkimi jej słabościami, jest powołana do pełni nieba. Tam ulegnie całkowitemu przekształceniu przez zmartwychwstanie Chrystusa i nie będzie już jej słabości, ciemności czy też patologii. Tam autentyczna istota tej osoby będzie jaśnieć z całą swoją mocą dobra i piękna. Pozwala nam to także pośród udręk tej ziemi patrzeć na tę osobę z podziwem, spojrzeniem nadprzyrodzonym, w świetle nadziei, i oczekiwać owej pełni, jaką pewnego dnia otrzyma w królestwie niebieskim, pomimo że teraz nie można jej dostrzec.

      Warto przeczytać

      Ks. Tadeusz Dajczer, Rozważania o wierze, część II, rozdział 1, 4. Jak patrzeć na własne zło, 5. Sakrament nawrócenia.

      Dodatkowe świadectwa

      W moim życiu doświadczyłem jak niszczące jest moje własne zło i jak bardzo rani moich najbliższych, krzywdzi moje dzieci i deformuje w nich obraz Boga, którego ja – ojciec – niejako reprezentowałem. Doświadczyłem też szczególnej pomocy Bożej, kiedy po uznaniu własnej winy i ufnym odniesieniu się do Bożego Miłosierdzia Bóg obsypywał mnie i moją rodzinę łaskami, by odbudować to, co zostało zniszczone na skutek mojej pychy i głupoty.
      Na początku małżeństwa pozwoliliśmy sobie na dłuższą przerwę w korzystaniu ze spowiedzi sakramentalnej, usprawiedliwiając się wątpliwościami i niezrozumieniem tego sakramentu. Nasze mniemanie o sobie było wysokie, uważaliśmy się za wzorową rodzinę. I właśnie wtedy przydarzył się poważny upadek, który rzucił mnie na kolana. Miałem przed oczyma nie tyle własne zło, co raczej jego ofiarę – moje poparzone dziecko. Odrzucałem swoją winę, bo przecież to woda w kranie była za gorąca, a ja po prostu byłem nieco zdenerwowany krzykiem dziecka i tym, że nie zdążyło na nocnik. Ostry dyżur, opatrunki, trudne noce. Matko Boża, ratuj! Skorupa mojego sumienia pękła. Łaska Boża popchnęła mnie tak mocno do konfesjonału, że nie mogłem się już wahać. Po latach omijania sakramentu pojednania ponownie doświadczyłem słodyczy miłości Bożej, miłości bezwarunkowej i przebaczającej. Stopniowo w moim życiu i w małżeństwie zaczął się nowy czas, czas coraz większego odkrywania bezwarunkowej miłości Bożej oraz opieki Maryi – Matki Kościoła.
      Zaczęliśmy korzystać z pomocy stałego spowiednika, który zachęcił nas do formacji we wspólnocie Ruchu Rodzi Nazaretańskich. Grupy dzielenia i nawiązane przyjaźnie, a szczególnie świadectwo życia przekazywane podczas spotkań i wyjazdów na rekolekcje umacniały nas w wierze. Otwieranie się na bezwarunkową Miłość Pana Boga nie było łatwe, ale pomoc żony i przyjaciół sprawiła, że zacząłem dostrzegać Boże znaki i uczyć się żyć w cudownej atmosferze Bożej akceptacji. Razem z żoną coraz bardziej odkrywaliśmy, że pomimo naszej słabości Bóg nas kocha, dzięki czemu również w domu łatwiej było się otwierać przed współmałżonkiem i budować na prawdzie.
      Kolejne próby wiary utwierdzają mnie w przekonaniu, że proces mojego nawracania nie jest jeszcze skończony, że istnieją w głębi mojego jestestwa jeszcze głębokie pokłady, do których światło Bożej łaski pragnie dotrzeć, bym mógł się przemienić i uświęcić.
      Mimo upadków budowanie łączności z Bogiem nie ustaje, a każda kolejna „wywrotka” skłania mnie do większej roztropności i do nie polegania na sobie. Coraz bardziej jestem świadomy, iż to się dzieje dzięki wstawiennictwu Matki Bożej, która swoją nieustanną obecnością i pomocą otwiera mi oczy i serce na Miłość Bożą.

      Franciszek